 |
| "Był sobie raz..." fot. M. Kubiszyn |
Teatr - opowiadanie historii
czyli
Tryptyk chasydzki
Praca z dokumentem, zbieranie i rejestrowanie wspomnień, wsłuchiwanie się w opowieści różnych ludzi zaprowadziło mnie do zainteresowania się tradycją opowiadania, opowiadania historii a to spowodowało, że teatr znów do mnie wrócił.
Słuchanie opowiadanych historii zawsze było rodzajem misterium. W czasach gdy podstawowym środkiem przekazywania wiedzy o minionych i aktualnych wydarzeniach była opowieść szczególną rolę pełnili bajarze snujący swoje opowieści wśród słuchaczy zgromadzonych wokół ogniska, czy też w gospodzie.
Tylko czy we współczesnym świecie można jeszcze doprowadzić do autentycznego spotkania między ludźmi wychowanymi na nowoczesnych „gorących” mediach z kimś opowiadającym jakąś historię. Kimś, kto przychodzi i mówi: Posłuchajcie, chcę wam opowiedzieć historię!
Znalazłem kilka pięknych, zaczerpniętych z folkloru żydowskiego opowieści, ale w jaki sposób je opowiedzieć aby zabrzmiały prawdziwie i ciekawie? Intuicyjnie czułem, że sposób opowiadania tych historii będzie musiał być poddany jakiejś formie teatralizacji. Tylko jak to zrobić?
W książce Bogatyriewa „Kultura ludowa” odnalazłem opisy bajarzy z teatru ludowego. Oto jeden z fragmentów opisujących grę takiego aktora:
„Biełkow angażuje prawie wszystkie środki sceniczne. Izba jest dla niego obszarem scenicznym; piec jest organiczną częścią opowiadania, albowiem wciąga go w grę to zdejmując z niego kosz, to wyciągając gorący sagan itp. Mimiką co prawda posługuje się ostrożnie. Obawia się zapewne śmieszności: nie naśladuje twarzy staruchy, do mimiki ucieka się tylko przy odtwarzaniu rozgniewanego starca. Powściągliwość tę rekompensuje natomiast pantomimika. Wykonawstwo Biełkowa nie ma charakteru epickiego - nie opowiadał bowiem o staruszkach jako o osobach trzecich, lecz od samego początku podawał opowieść w pierwszej osobie, ciągle przeistaczając się to w starca, to w jego żonę. Tu, jak widać, opowiadanie baśni stało się czynnością teatralną.
Nie każdy bajarz - ma się rozumieć - tak dramatyzuje i teatralizuje tekst baśni, ale dla bajarza w rodzaju Biełkowa, dla bajarza - aktora, by tak rzec, podobne odtwarzanie opowieści jest czymś zwyczajnym i typowym. Dodajmy jeszcze, że w wykonaniu ustnych opowieści dużą rolę odgrywa zaangażowanie publiczności, która tutaj, jak i w ludowym teatrze bierze aktywny udział”.
Jeszcze inny trop odnalazłem w książce J. Langnera „Dziewięć bram do tajemnic chasydów”:
„Gawędziarz opowiada nie tylko słowami. Jeśli brak mu słów, pomaga sobie gestami, mimiką, modulacją głosu. Gdy opowiada o czymś strasznym, zniża głos do szeptu. Gdy ma wyjawić jakąś tajemnicę, zadowoli się tylko aluzją, przerywając w połowie zdania, mrugnie, rzuci ukośne, porozumiewawcze spojrzenie. Gdy opisuje jakieś nadprzyrodzone piękno, zamyka oczy i chwieje głową w prawdziwej ekstazie. W ten sposób słuchacz rozumie o wiele więcej, niż gdybyśmy malowali wszystko drobiazgowo najwyszukańszymi i najmądrzejszymi słowami. Opowiadający mówi stylem najprostszym, bez specjalnego patosu i najzupełniej niekonsekwentnie. Często przechodzi od jednego świątobliwego do drugiego - więc nie dziwcie się, jeżeli ja czasami też tak robię.”
J. Langner s. 52-53
Próbowałem też wyobrazić sobie „śpiewaków brodskich” i ich przedstawienia teatralne w formie monologów, w których aktor wcielał się w najprzeróżniejsze postacie: nauczyciela, kantora, swata, pastucha i z użyciem rekwizytów i przebrania śpiewał na smutną nutę o własnej doli i niedoli.
Mając osadzoną w tradycji formę do opowiadania historii i mając kilka pięknych opowieści zaczerpniętych z folkloru żydowskiego rozpoczęliśmy wspólnie z Witkiem Dąbrowskim pracę. Powstały w ten sposób trzy przedstawienia teatralne. Atmosfera tych przedstawień została uchwycona w recenzjach prasowych, które warto tu przytoczyć.
„Był sobie raz”
„Szlemiel z opowiadania Singera zapragnął szukać lepszego i ciekawszego życia w Lublinie. Nigdy tam nie dotarł, pomimo mozolnej wędrówki. Miasto, do którego trafiał, to wciąż był jego uprzykrzony Chełm, ze swoimi równie uprzykrzonymi mieszkańcami. Cały świat jest Chełmem, a Chełm jest całym światem - dochodzi do słusznego wniosku Szlemiel. Ucieczki nie ma, tak jak nie można uciec od samego siebie. Ta prościutka z pozoru i zabawna historia, wywodząca swój żywot z folkloru żydowskiego, nosi w sobie ogromny ładunek egzystencjalny. O dziwo, okazuje się też wspaniałym tworzywem teatralnym. Aby wydobyć te atuty na scenie, trzeba jednak prawdziwego mistrzostwa. W spektaklu „Był sobie raz” Teatru NN mamy do czynienia z takim właśnie przypadkiem.
Kiedy przypomnimy sobie rozmiary machiny teatralnej, jaka tworzyła poetykę choćby „Sztukmistrza a Lublina” w Teatrze Osterwy, staniemy zdumieni faktem, że te same klimaty można wyczarować środkami tak oszczędnymi, prostymi, wywodzącymi się z prapoczątków sztuki teatru. Witold Dąbrowski - Szlemiel i towarzyszący mu muzycznie w wędrówkach krok w krok Bartosz Stańczyk. To oni, bez żadnego rekwizytu, bez żadnego elementu scenografii, otwierają przed widzem świat pulsujący barwami, dźwiękami, zapachami, emocjami, świat zmieniających się pejzaży i sytuacji, gwarny, rozgadany, rozkrzyczany, skotłowany od tysięcznych małych ludzkich spraw. Tłum bohaterów Singera wstępuje w niewielką posturę Witolda Dąbrowskiego, raz odzywając się gderaniem jego żony, to znów namaszczoną powagą żydowskiej rady deliberującej nad głupkiem. Niesamowite tempo, w jakim cały ten zgiełk, przelewa się przez aktorskie „medium” i klawiaturę akordeonu, wprawia widza w pełne podziwu osłupienie. Zaczyna władać nim nieodparty rytm spektaklu i zagarniać w wir wydarzeń wszystko i wszystkich wokół”.
M. Gnot - „Wszystkie drogi prowadzą do Chełma”
„Tajbełe i jej demon”
„ Temat najnowszego, lekkiego i zarazem głęboko wzruszającego spektaklu Teatru NN: miłość demona i samotnej kobiety, przywołuje wielowiekową tradycję dociekań nad istotą dobra i zła.
Spełnił się zamiar Teatru NN z Bramy Grodzkiej zbudowania scenicznego tryptyku z żydowskich opowieści, czerpiących z cudownie żartobliwego chasydzkiego folkloru, a przywołujących w sposób nienachalny prawdy proste i przekonywujące. Powstały trzy krótkie (do pół godziny) przedstawienia na aktora i instrument. Aktor w tryptyku jest ten sam - Witold Dąbrowski, różne zaś instrumenty i muzycy. W przezabawnej opowieści o leniwym Szlemielu, który z Chełma wyruszył do Lublina, z aktorem rozmawia akordeon Bartłomieja Stańczyka, w historii „O tym jak Fajwł szukał samego siebie” Witoldowi Dąbrowskiemu towarzyszy Robert Brzozowski na kontrabasie. Przedstawienia nie wymagają scenografii, specjalnych świateł, sprzętu elektronicznego, ba - nie wymagają nawet sceny. Lecz choć to teatr ubogi - w walizce (i w futerale), aktor i muzyk z instrumentem potrafią wyczarować całe bogactwo środków wyrazu. Spektakle urzekają lekkością i dowcipem, imponują poziomem profesjonalizmu instrumentalistów. Atmosfera opowieści jak i samych przedstawień sprawia, iż ogląda się je z niekłamaną przyjemnością, niczym teatralne pocztówki.
Reżyser Tomasz Pietrasiewicz fabułę do dwóch pierwszych spektakli wziął z opowieści chasydzkich Martina Bubera, zaś trzeci, (…) spektakl „Tajbełe i demon” oparł na opowiadaniu Isaaca B. Singera. Partnerem ludzkiego głosu jest dźwięk fletu, niezwykłego, emocjonalnego instrumentu, który perfekcyjnie opanował, Jarosław Adamów, bezrobotny absolwent łódzkiej Akademii Muzycznej.
To doprawdy bardzo wzruszająca historia o miłości; dość powiedzieć, że na premierze widowni pociekły łzy. Do samotnej Tajbełe, młodej jeszcze kobiety, która straciła męża i dzieci, nocą przychodzi Hurmizasz, demon - kochanek. Ona szczęśliwa, kochana i pieszczona, może czegoś się domyśla, a jednak o nic nie pyta, on zaś zdaje jej czasami relację z tajemnych, demonicznych spraw. Naprawdę zaś Hurmizasz to biedny, nic nieznaczący pomocnik nauczyciela w chederze; kiedy przypadkowo zobaczył nagą Tajbełe, wśliznął się do jej samotnego łóżka, udając demona. I tak zostało. Do czasu...
W „Tajbełe...” nie ma żartów, gdyż w tej opowieści idzie o materię bardzo osobistą, by nie powiedzieć - intymną. Lecz to, wprawdzie wciągająca i przejmująca, ale tylko pierwsza, zmysłowa sfera tej opowieści i spektaklu, zza której wyłania się inna - spirytualna, duchowa, demoniczna. Demon to wszak pośrednik między Bogiem a ludźmi, który działa na człowieczą zgubę. Otóż, jak widać, demon nie zawsze działa na zgubę i nie zawsze jest nosicielem zła. Homer utożsamiał demony z bóstwami, a starotestamentowy demon wcale nie musiał nakłaniać do grzechu. Zatem otwiera się tu szerokie pole do spekulacji demonologicznych; najwyraźniej za tym co się przydarzyło Tajbełe stoją wielowiekowe dociekania mędrców. Jaką naturę ma demon? Kto jest w czyjej skórze: demon - w ludzkiej czy człowiek - w demonicznej. Czy to nie Bóg wysłał do Tajbełe demona Hurmizasza?
Temat i instrument sprawiły, że najnowszy spektakl Teatru NN ma nieco inną strukturę, więcej tu dialogowania głosu i muzyki niż wspólnego brzmienia, także narracja biegnie tu i ówdzie większymi partiami. „Tajbełe” to przecież drobiazg, lecz wrażenia pozostają niezapomniane”.
Grzegorz Józefczuk - „Zakochany demon”
Te przedstawienia inspirowane m.in. opowiadaniami Singera to rodzaj hołdu złożonego ich autorowi w mieście, które utrwalił w swojej książce „Sztukmistrz z Lublina”. Jedna z opowiadanych historii jest wzięta ze skarbca nieśmiertelnych opowieści o „Chełmskich głupcach” ma więc w sobie lokalny koloryt.
To właśnie przedstawienie zobaczył Theodor Biker, legendarny odtwórca Tevi Mleczarza w „Skrzypku na dachu”. Był pod wielkim wrażeniem gry aktorskiej Witolda Dąbrowskiego - tego, w jaki sposób buduje opowieść, jakich środków do tego używa. |